Wracając wczoraj późnym popołudniem po zajęciach z onomastyki, na których przez godzinę rozprawialiśmy czy nazwisko Radecki jest odimienne czy przymiotnikowe, miałam ochotę jedynie na długą kąpiel w pianie przy dźwiękach ulubionej muzyki.
Niestety „los jak na złość lubi płatać nam figle” i mnie również nie oszczędził stawiając na mojej drodze Barbarę – koleżankę mojego brata, niewysoką, trzydziestoletnią brunetkę w okularach z wysokim mniemaniem o sobie.
Po krótkiej wymianie uprzejmości i wyświechtanych tekstach typu: „ jak to miło się spotkać, jak to długo się nie widziałyśmy, jak pięknie wyglądasz, sraty taty” , Baśka zaproponowała kawę. Nie sposób jej odmówić, gdyż gotowa się uczepić nogi jak mały chiuaua i ujadać. Dla świętego spokoju poszłam z nią do kawiarni, okazało się jednak, że większego głupstwa nie mogłam popełnić. Baśka dostała istnego słowotoku, wyrzucała z siebie wyrazy jak z karabinu maszynowego, przez godzinę słuchałam jak prężnie działa jej dom mediowy, jakich mają nietuzinkowych klientów, jak kreatywną ekipę i jak wielką kasę robi na tym złotym interesie. Zatrważające.
Słuchając jej miałam wrażenie, że zaraz pogrążę się w niebycie, czułam że dzieli nas ogromna pleksi, a powoli jej paplanina zaczęła coraz mniej mnie obchodzić, właściwie to już zupełnie jej nie słyszałam, patrzyłam tylko tępo jak porusza wąskimi wargami. Jej agencja reklamowa warszawa i tego rodzaju przedsięwzięcia były mi zupełnie obce, to tak jak ja zaczęłabym monolog na temat fonemów i morfemów w języku polskim.
Odbębniłam tę grzecznościową kawę z wielkim trudem, gdy poczułam, że Barbara ma ochotę rozpocząć kolejny wątek swego wywodu, momentalnie przypomniałam sobie o niecierpiącym zwłoki referacie i błyskawicznie się ulotniłam. Barbara została sama z nieupitą nawet o łyk kawą, a mnie nieustannie do końca dnia kołatał w głowie zwrot „agencja reklamowa”.
Komentowanie zakończone.